Dante za polskim parawanem

Krynica Morska, jak wiele innych nadbałtyckich kurortów, jest miastem kontrastów. Zagadką pozostaje, dlaczego została zignorowana przez polskich filmowców.

Różnica pomiędzy Krynicą zimową i letnią jest porażająca. Jeśli ktoś tak jak ja nie bywał nigdy zimą na polskim wybrzeżu i nadmorskie miejscowości kojarzy wyłącznie jako tętniące życiem, rozgrzane słońcem, pękające w szwach i pachnące goframi ikony polskiej wakacyjnej sielanki, może przeżyć szok.

W środku zimy Krynica przypomina miasto duchów. Sceneria jest jak z amerykańskiego horroru. Opustoszałe ulice, kołyszące się na wietrze chorągiewki wyciągniętych na brzeg kutrów, ziejące pustką kawiarnie, pozamykane lodziarnie i pokryte szronem, zastygłe w bezruchu wesołe miasteczko to gotowy plener do thrillera. Ogromne wyzwanie stanowi znalezienie lokalu, w którym można zjeść obiad. Czynny jest jeden, więc idą do niego wszyscy zbłąkani zimowi turyści. Jest ich akurat tylu, by w porze lunchu zająć wszystkie miejsca, więc nikt więcej się nie mieści. Paradoks?

Kadr z filmu
Kadr z filmu „Pojutrze”… A nie, to Krynica Morska zimą

XV-wieczne, należące wówczas do Gdańska miasto Kahlberg żyło raczej z rybołówstwa niż z turystyki i być może była to dla niego lepsza opcja. Przynajmniej nie wpadało ze skrajności w skrajność, przypominając, w zależności od pory roku, mrowisko albo pustynię. Niestety, w przeciwieństwie do Kołobrzegu, który ma przynajmniej zimowy zlot morsów, Krynica żyje wyłącznie latem. I wtedy też zmienia się w niezłe piekiełko.

Bywalcy piekiełka przybywają „tuskówką” z Warszawy, wraz z dziećmi, psami, rocznymi oszczędnościami i całym plażowym asortymentem, na który składa się coraz więcej gadżetów. Nie wystarczą już ręczniki plażowe i dmuchana piłka. Obecnie na polskiej plaży już od godzin porannych odbywa się niezwykły spektakl, którego bohaterami są polskie rodziny moszczące sobie grajdołki do opalania.

Konstrukcje te są coraz bardziej imponujące i sądzę, że niedługo staną się całorocznymi budowlami, kandydatami na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. W ich skład wchodzą już nie tylko osławione pstrokate parawany, ale również pół-namioty, leżaki i parasole. Co bardziej ambitnym nie wystarcza zresztą jeden parawan, większość rodzin przerzuca się na fortyfikacje złożone z liczby dwóch bądź trzech. Niektórzy esteci dobierają je zresztą kolorystycznie tak, żeby zachować wizualną spójność.

W przyszłym roku plażowicz planują podobno instalować w plażowych domkach telewizory
W przyszłym roku Polacy planują podobno instalować w plażowych domkach telewizory

Estetyka jest zresztą tylko jednym z licznych walorów wspomnianych budowli. Kolejnym jest funkcjonalność. Myli się ten, kto myśli że budowa grajdołka to rzecz prosta. W trakcie jego wznoszenia, ojciec rodziny przeradza się przeważnie w mistrza inżynierii lądowej, jego małżonka zaś w głównego architekta. Pod uwagę trzeba wziąć wszystko: kierunek wiatru, odległość od morza, bliskość sąsiednich konstrukcji, nachylenie ziemi wobec słońca. Warto wybrać się nad polskie morze chociażby po to, by obserwować na żywo niezwykłe istoty, które spotkamy w swoim bezpośrednim sąsiedztwie oraz sposób, w jaki spędzają swój wolny czas.

Niektórzy blogerzy podejmują rozpaczliwe próby utrwalenia w piasku zwiedzonego po drodze zamku w Malborku
Niektórzy blogerzy podejmują rozpaczliwe próby utrwalenia w piasku zwiedzonego po drodze zamku w Malborku

Zakładając ten blog, wychodziłam z założenia, że w każdym miejscu na ziemi można odnaleźć jakiś akcent filmowy. Prawda ta dotyczy również Krynicy, jednak nie na taką skalę, na jaką sądziłam. Z niewyjaśnionych powodów ani zimowy upiór ani letnia sielanka nie znalazły uznania wśród filmowców, którzy ominęli Krynicę Morską szerokim łukiem.

Po raz kolejny okazuje się zresztą, że nie można wierzyć internetowi. Ten podaje bowiem, że Krynica Morska służyła za plener do ósmego odcinku serialu „Czterej pancerni i pies”. Informację tę można znaleźć w dwóch źródłach, mimo to, zgodnie z przyjętą zasadą, została ona przeze mnie zweryfikowana. Mogę więc z czystym sumieniem zapewnić, że internet się myli. „Czterej pancerni” zawitali owszem do pobliskiego Sztutowa, tamtejszy most na którym filmowano ujęcia do dziś zresztą nosi nazwę na pamiątkę tej wizyty. Sceny z odcinka „Brzeg morza” powstawały natomiast w Babich Dołach, nie zaś jak podają niektóre źródła z Wikipedią włącznie – w Krynicy.

Choć nie przepadam za „kultowym” utworem PRL-owskiej kinematografii, obejrzenie jednego odcinka nie było jeszcze tak bolesne, jak to, co miało nadejść potem. Kolejne internetowe źródło – i to była już czysta perfidia – podpowiedziało, że w Krynicy Morskiej powstawały sceny do filmu „Reich”…

Z dziełem Pasikowskiego miałam do tej pory do czynienia przelotnie, a wspomnienia te nie należały do miłych. Obowiązek oraz doświadczenie z „Czterema pancernymi” kazały mi zweryfikować tę również informację. Od tamtej pory poszukuję tego, kto ją podał, by podziękować mu osobiście.

Nie było dla mnie wielkim zaskoczeniem, że Krynicy Morskiej w „Reichu” zabrakło. Na to rozczarowanie byłam już przygotowana. Nic jednak nie mogło mnie przygotować na to co zobaczyłam. Do tej pory sądziłam że najgorszym filmem świata jest egipska komedia z lat 80-tych, którą wyświetlano mi kiedyś w jadącym przez Syrię autobusie. Pamiętam, że rozważałam wtedy możliwość wyskoczenia z pojazdu przez okno. Gdyby zamiast egipskiej produkcji wyświetlono „Reich”, pewnie zdrapywano by moje szczątki z syryjskiego asfaltu.

Władysław Pasikowski uwziął się na polskie morze i skojarzył je z
Władysław Pasikowski uwziął się na polskie morze i skojarzył je z „Reichem”

Film ten osiągnął jednak pewien poziom artyzmu, jest bowiem niemal doskonałym ucieleśnieniem kiczu. Do tego stopnia, że ociera się o autoparodię. Zarówno światłe dialogi, jak i powalająca, opatrzona nimi, pogłębiona historia miłości gangstera i nastoletniej zaćpanej modelki oraz prawdziwej męskiej przyjaźni, a także wybujałe środki artystyczne w postaci ujęć w zwolnionym tempie, nie dają o sobie łatwo zapomnieć. Przebrnąwszy przez to wszystko w blogerskim zacięciu mogę przynajmniej z pewną dozą ulgi zaświadczyć, że lubiana przeze mnie Krynica Morska nie ma z tym dziełem nic wspólnego. Sceny filmowano głównie w Sopocie i na Helu.

Wszystko to nie oznacza jednak, że nie sposób odnaleźć w Krynicy pleneru filmowego. Objawia się on każdemu spacerującemu po ulicy Gdańskiej turyście. Słynny żaglowiec „Koga”, który służy obecnie za knajpę, w dniach swojej świetności nie tylko pływał po morzu, ale grał też w filmie.

Film ten stanowi zresztą niezwykłe zaskoczenie i kontrast wobec charakteru samej Krynicy, kojarzącej się latem z wakacyjną sielanką, parawanami i całą kiczowatą otoczką, która towarzyszy letniemu wypoczynkowi nad morzem. „Tylko Beatrycze” to w przeciwieństwie do „Pancernych” i „Reichu” ostatni film, który można by skojarzyć z nadmorskim kurortem. Ciężka, utrzymana raczej w konwencji teatralnej, przesiąknięta symbolizmem, historiozofią i cytatami z oryginału „Boskiej komedii” ekranizacja powieści Teodora Parnickiego nie jest filmem dla każdego.

Pijąc piwo na okręcie
Pijąc piwo na okręcie „Koga” można podobno dotrzeć do samego czyśćca

Od razu zastrzegę, że również nie dla mnie. Nie po to zostaje się blogerką turystyczno-filmową, żeby zmagać się z takimi dziełami z wyższej półki. Samo zrozumienie, dlaczego tytuł filmu nawiązuje do wierszu Lechonia zajęło mi pół dnia. Bez odpowiedniego przygotowania merytorycznego i pogłębionych studiów literacko-historycznych nie ma się nawet co za ten film zabierać. Szczególnie, że środki artystyczne dobrane przez reżysera nie ułatwiają sprawy. Do „ciężkiej” treści dobrał bowiem równie niestrawną formę. Statyczność to w tym przypadku określenie eufemistyczne. Film ten mógłby być w zasadzie słuchowiskiem. Oprócz scen kręconych na morzu, w których możemy podziwiać „Kogę” pod pełnymi żaglami.

Mimo że Krynica Morska może wydawać się tylko i wyłącznie nadmorskim kurortem zaludnionym głównie przez przysmażonych na słońcu Warszawiaków, ciekawscy znajdą tu o wiele więcej. Oprócz przebiegającego gdzieniegdzie przez park czy ulicę dzika, można natknąć się tu nawet na nawiązanie do słynnego poematu pióra „Aligierusa”. Wystarczy raz na jakiś czas wyjrzeć zza swojego parawanu.

Jedna uwaga do wpisu “Dante za polskim parawanem

  1. Witam.

    Nie tak bardzo dawno temu pokazywano w tv pewną staruszkę, która nigdy w życiu nie była nad morzem. Zawieziono więc ową starszą panią nad morze i posadzono na krzesełku na plaży aby mogła w pełni kontemplować nadmorskie uroki. Tak sobie myślę, co by sobie pomyślała, gdyby działo się to w Polsce, a ktoś wpadł by na pomysł aby zawieźć ją w środku sezonu do Władysławowa. Morza by oczywiście nie dostrzegła przez gąszcz parawanów natomiast przestrzeń między linią brzegową a parawanami była by za mała na wetknięcie wykałaczki, nie mówiąc o krzesełku zawierającym staruszkę. Pomyślała by pewnie, że miała w życiu wiele szczęścia nigdy nie bywając nad morzem.

    Pozdrowienia

    Piotrek

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s